Z trudem oddychałam
gdy usłyszałam swoje imię i nazwisko,
tak, wybrali mnie.
W dystrykcie 9
Po obejrzeniu brutalnego filmu przedstawiającego jak bardzo naszym krajem wstrząsnął chaos i jak bardzo sobie zaszkodziliśmy. Tata Freyi zawsze mówi, że to brednie. Nienawidzi Panemu jak cała jej rodzina. Kapitol to znienawidzone przez wszystkich miejsce, gdzie bogaci ludzie pławią się w swoim bogactwie.
— Witam, witam. Na tegorocznych dożynkach. To jest ten moment! Właśnie nadszedł czas na wybranie dzielnego młodzieńca i dzielnej młodzianki, którzy będą reprezentować dystrykt dziewiątym. — powiedziała podniecona poprawiając swoje zielono - złote włosy.
Staliśmy wpatrując się ze skamieniałymi wyrazami twarzy w uśmiechniętą twarz Elle, opiekunki naszego dystryktu. Była taka roześmiana, a jej fioletowe loki opadały na kolorowy kostium. Wszyscy mieli pozaciskane dłonie w pięści, nikt nie chciał by go wybrano na trybuta w starciu z innymi dystryktami. Wszyscy się bali. Słychać było tylko dźwięczny głos Elle i oddechy wszystkich mieszkańców dziewiątego dystryktu. Nasz dystrykt jest najsłabszy w Igrzyskach, zawsze giniemy pierwsi. To przykre, ale my nic nie potrafimy. Wiatr owiewał nasze przerażone twarze podczas gdy kolorowo włosa z uśmiechem odszukiwała szczęśliwca, któremu przypadnie zaszczyt uczestnictwa w tym jakże cudownym przedsięwzięciu. Nawet zawsze waleczna Freya nie potrafiła udawać, że wszystko jest okej, bała się. Cholernie się bała. Matka wpatrywała się w nią, ojciec wpatrywał się w nią. Wszyscy byliśmy przerażeni. Wstrzymała oddech wpatrując się w rękę Elle, która z radością grzebała w karteczkach z naszymi imionami. Czas dłużył się niemiłosiernie gdy opiekunka naszych trybutów z gracją wyciągnęła jedną karteczkę. Już 69 Igrzyska Głodowe właśnie się rozpoczęły w momencie wyciągnięcia karteczki.
— Jak zawsze zaczynamy od dam, niestety panowie musicie jeszcze chwilkę poczekać. — powiedziała po chwili mrugając swoją pomalowaną na zielono powieką do wszystkich zebranych chłopców. Złapała karteczkę w swoje tipsy. Przełknęła głośno ślinę i spojrzała tylko na swoją mamę, która uśmiechnęła się do niej ciepło i kiwnęła głową mówiąc nie me wszystko będzie dobrze.
— Femoris Freya! — krzyknęła kobieta, a Freya spojrzała na wszystkich ludzi, którzy zrobili jej miejsce aby przeszła. Była przerażona. Oczy zaczęły ją piec, ale powstrzymała łzy. Powtarzając sobie słowa, że to tylko sen podeszła do Elle, która z uśmiechem wpatrywała się w nią. Wszędzie było pełno od białych ochroniarzy, bo tak właśnie ich nazywała Freya. Złapali ją za ramiona i wprowadzili bliżej zielonowłosej. Na wysokim podeście widziała wszystkich, którzy z bólem ją obserwowali. Tak jak jeszcze niedawno obserwowali Maddison Huvord, która przegrała Igrzyska, zabili ją już w trzydziestej minucie, to była jedna z największych tragedii naszego dystryktu, wszyscy bardzo to przeżyliśmy. Elle złapała Freye za rękę i z uśmiechem podniosła ją ku górze, tak, bo jest się z czego cieszyć. Pomyślała głupio.
— Wreszcie panowie, moi drodzy! — zagrzmiała wciągając swoją rękę w plastikową kulę gdzie były nazwiska i imiona mężczyzn z naszego dystryktu. Nie płakała mimo, że tak bardzo chciała. Patrzyła tylko w jeden punkt, w stronę swojej mamy, która ocierała słone łzy. Uśmiechnęła się do niej lekko. Tata po drugiej stronie był wściekły, zły. Widać było, że z trudem powstrzymuję się aby nie krzyknąć, zostawcie moją córkę! Zaczęła myśleć o wszystkim, wiedziała co ją czeka, wiedziała, że zginie na arenie. Nawet jeśli bardzo by chciała, nie wygra. — Nie potrafię się ukrywać, potrafię robić mąkę. Nie potrafię obsługiwać się nożami, potrafię siać. Zawsze przegrywamy, bo nie mamy dostatecznej siły i sprytu by wygrać. Chociaż niektórzy wygrali z naszego dystryktu, ale to już dobre parę lat temu. — biła się z własnymi myślami.
— Quertson Martin! — krzyknęła imię z kartki. Znajomy jasny brunet podszedł z białymi osiłkami do niej i Elle. Znała go, chodzili razem do szkoły, zamieniła z nim chyba ze dwa słowa. Był bardzo miły i towarzyski. Zawsze potrafił ją rozbawić. Freya czuła strach i powoli ogarniającą ją panikę, zginie na arenie to pewne.
Wybrali mnie,
wiedziałem, że ten zaszczyt
przypadnie właśnie mi.
W dystrykcie 1
Wszyscy zaczęliśmy bić gromkie brawa gdy zakończył się fascynujący film, w mniemaniu niektórych ludzi. Petera bawiło jak niektórzy mieszkańcy jedynki podlizują się Panem i całemu Kapitolowi. Boonie Nielsen czyli najdziwniejsza z wszystkich Kapitolończyków jest naszą opiekunką. Nie przepadał za nią. W jedynce wszyscy obgadywali wszystkich, są najbogatsi więc mogą robić co chcą. — tak przynajmniej myślał Peter, ba! On był tego pewien. Skoro przytrafiło mu się cudem, że urodził się właśnie w tym dystrykcie, to znaczy, że może robić wszystko to co chce bądź lubi.
— Witajcie, moi ukochani! Czyż to nie było piękne? — mówiła jak najęta, wielu mieszkańców jedynki z szerokimi uśmiechami pokiwali twierdząco głową. Peter jej nie słuchał, za bardzo był skupiony na trzymaniu kciuków i nie patrzeniu na pożerającą go wzrokiem Carę, nie przepadał za tą dziewczyną, nie przepadał za wszystkimi dziewczynami z jego dystryktu. Wolał spokojne i miłe dziewczyny, a nie pewne siebie lafiryndy. Strażnicy Pokoju rozchodzą się po całym dystrykcie, a warto dodać, że jest on zupełnie inny od dziewiątego. Jest bogaty, mnóstwo tu drzew, zwierząt, które da się upolować. Bogate budynki zasłaniają to co kryję się dalej. Maszyny mimo, że wyłączone rzucają się w oczy gdy Peter spogląda w ich stronę. Mimo, że nienawidzi dożynek stara się uśmiechać gdy spogląda na twarz matki, która daję mu ten sygnał. Teraz się uśmiechaj. Warczy w stronę syna, szkoda tylko, że on nie ma chęci tego robić.
— Przejdźmy jednak do rzeczy. Czas na wybór! Zacznijmy od kobietki, która będzie miała ten zaszczyt uczestnictwa w cudownych Igrzyskach. — mówi rozradowana i już po chwili sięga do kuli, z której wyciąga karteczkę z imieniem i nazwiskiem trybutki. Ciekawe komu się poszczęści. Usłyszał małego chłopczyka, coś w sercu mnie zakuło gdy to usłyszałam, ale Peter nawet nie zwrócił na to uwagi więc postanowiłam tego nie komentować.
— Borverd Addison! — krzyczy uśmiechając się w tłum Angie, która jest naszą opiekunką co roku w trakcie Igrzysk wydaję się zachwycona, na pewno jest w swoim żywiole. Owa Addison unosi lekko głowę jakby upewniając się czy to na pewno jej przypadło. Nienawidził tego jak ludzie z zawodowców postrzegają Igrzyska. Mała szansa jest, że przynajmniej dożyję do następnego dnia. Przy rogu obfitości jest najgorzej. Wtedy połowa najsłabszych ginie. Mimo, że jest z jedynki, zawodowców i im zdarza się czasem przegrać. Dziewczyna stanęła na wysokim podeście przyozdobionym w najdroższe kamienie szlachetne czy inne klejnoty. Addison z trudem powstrzymywała łzy szczęścia gdy stanęła przytulając Angie mocno, to było naprawdę żenujące, najprawdopodobniej już zaczyna gre o sponsorów.
- Tera kolej na panów. - mówi gdy wreszcie Borverd się od niej odczepiła. W tłumie zagrzmiało, parę zduszonych krzyków wyrwało się mieszkańcom. Tsa, nie ma to jak ginąć na arenie, to takie cudowne i niesamowite. Znał dziewczynę z widzenia, chodzili razem do szkoły.
- Anvelt Peter! - wykrzykuję już po krótkiej chwili. Zgniotła karteczkę, wszyscy już ustąpili mu miejsca. Najwyraźniej znają go dobrze z nazwiska. Spoglądnął po sobie i z lekkim uśmiechem dumy wyszedł pewnie. Nawet Strażnicy Pokoju mu nie pomagali, zawodowcy nigdy nie uciekają. Z jeszcze szerszym uśmiechem stanął na podeście. Duma go zżerała gdy ujrzał jak wszyscy biją gromkie brawa. Zaskakująco świetna forma jak na dożynki, ale to po prostu jest jedynka.
- Dziękujemy za ten zaszczyt. Tobie Angie, wam przyjaciele i oczywiście prezydentowi Snow! - krzyczy, to już pewne, trafiła mu się idiotka, za towarzyszkę. Nie miał zamiaru się z nią bratać, wyglądała mu na skończoną szpanerkę i prawdziwego podlizywacza , który zrobi dokładnie wszystko by zdobyć sponsorów. Miał tylko nadzieję, że nie będą chcieli usadzić ich jako parę, nie przeżyłby tego, ale czego to ludzie nie zrobią dla większej oglądalności. Gdy dziewczyna podała mu mikrofon postanowił jej go oddać z powrotem. Zostawi to bez komentarza.
Od autorki: Mam nadzieję, że rozdział/prolog wam się podoba i że zostawicie po sobie komentarz z własną opinią. Zapewne jest tu parę błędów, ale proszę o przemilczenie ich. I zobaczcie zwiastun, który wykonała dla mnie Pogonistka:
— Jak zawsze zaczynamy od dam, niestety panowie musicie jeszcze chwilkę poczekać. — powiedziała po chwili mrugając swoją pomalowaną na zielono powieką do wszystkich zebranych chłopców. Złapała karteczkę w swoje tipsy. Przełknęła głośno ślinę i spojrzała tylko na swoją mamę, która uśmiechnęła się do niej ciepło i kiwnęła głową mówiąc nie me wszystko będzie dobrze.
— Femoris Freya! — krzyknęła kobieta, a Freya spojrzała na wszystkich ludzi, którzy zrobili jej miejsce aby przeszła. Była przerażona. Oczy zaczęły ją piec, ale powstrzymała łzy. Powtarzając sobie słowa, że to tylko sen podeszła do Elle, która z uśmiechem wpatrywała się w nią. Wszędzie było pełno od białych ochroniarzy, bo tak właśnie ich nazywała Freya. Złapali ją za ramiona i wprowadzili bliżej zielonowłosej. Na wysokim podeście widziała wszystkich, którzy z bólem ją obserwowali. Tak jak jeszcze niedawno obserwowali Maddison Huvord, która przegrała Igrzyska, zabili ją już w trzydziestej minucie, to była jedna z największych tragedii naszego dystryktu, wszyscy bardzo to przeżyliśmy. Elle złapała Freye za rękę i z uśmiechem podniosła ją ku górze, tak, bo jest się z czego cieszyć. Pomyślała głupio.
— Wreszcie panowie, moi drodzy! — zagrzmiała wciągając swoją rękę w plastikową kulę gdzie były nazwiska i imiona mężczyzn z naszego dystryktu. Nie płakała mimo, że tak bardzo chciała. Patrzyła tylko w jeden punkt, w stronę swojej mamy, która ocierała słone łzy. Uśmiechnęła się do niej lekko. Tata po drugiej stronie był wściekły, zły. Widać było, że z trudem powstrzymuję się aby nie krzyknąć, zostawcie moją córkę! Zaczęła myśleć o wszystkim, wiedziała co ją czeka, wiedziała, że zginie na arenie. Nawet jeśli bardzo by chciała, nie wygra. — Nie potrafię się ukrywać, potrafię robić mąkę. Nie potrafię obsługiwać się nożami, potrafię siać. Zawsze przegrywamy, bo nie mamy dostatecznej siły i sprytu by wygrać. Chociaż niektórzy wygrali z naszego dystryktu, ale to już dobre parę lat temu. — biła się z własnymi myślami.
— Quertson Martin! — krzyknęła imię z kartki. Znajomy jasny brunet podszedł z białymi osiłkami do niej i Elle. Znała go, chodzili razem do szkoły, zamieniła z nim chyba ze dwa słowa. Był bardzo miły i towarzyski. Zawsze potrafił ją rozbawić. Freya czuła strach i powoli ogarniającą ją panikę, zginie na arenie to pewne.
Wybrali mnie,
wiedziałem, że ten zaszczyt
przypadnie właśnie mi.
W dystrykcie 1
Wszyscy zaczęliśmy bić gromkie brawa gdy zakończył się fascynujący film, w mniemaniu niektórych ludzi. Petera bawiło jak niektórzy mieszkańcy jedynki podlizują się Panem i całemu Kapitolowi. Boonie Nielsen czyli najdziwniejsza z wszystkich Kapitolończyków jest naszą opiekunką. Nie przepadał za nią. W jedynce wszyscy obgadywali wszystkich, są najbogatsi więc mogą robić co chcą. — tak przynajmniej myślał Peter, ba! On był tego pewien. Skoro przytrafiło mu się cudem, że urodził się właśnie w tym dystrykcie, to znaczy, że może robić wszystko to co chce bądź lubi.
— Witajcie, moi ukochani! Czyż to nie było piękne? — mówiła jak najęta, wielu mieszkańców jedynki z szerokimi uśmiechami pokiwali twierdząco głową. Peter jej nie słuchał, za bardzo był skupiony na trzymaniu kciuków i nie patrzeniu na pożerającą go wzrokiem Carę, nie przepadał za tą dziewczyną, nie przepadał za wszystkimi dziewczynami z jego dystryktu. Wolał spokojne i miłe dziewczyny, a nie pewne siebie lafiryndy. Strażnicy Pokoju rozchodzą się po całym dystrykcie, a warto dodać, że jest on zupełnie inny od dziewiątego. Jest bogaty, mnóstwo tu drzew, zwierząt, które da się upolować. Bogate budynki zasłaniają to co kryję się dalej. Maszyny mimo, że wyłączone rzucają się w oczy gdy Peter spogląda w ich stronę. Mimo, że nienawidzi dożynek stara się uśmiechać gdy spogląda na twarz matki, która daję mu ten sygnał. Teraz się uśmiechaj. Warczy w stronę syna, szkoda tylko, że on nie ma chęci tego robić.
— Przejdźmy jednak do rzeczy. Czas na wybór! Zacznijmy od kobietki, która będzie miała ten zaszczyt uczestnictwa w cudownych Igrzyskach. — mówi rozradowana i już po chwili sięga do kuli, z której wyciąga karteczkę z imieniem i nazwiskiem trybutki. Ciekawe komu się poszczęści. Usłyszał małego chłopczyka, coś w sercu mnie zakuło gdy to usłyszałam, ale Peter nawet nie zwrócił na to uwagi więc postanowiłam tego nie komentować.
— Borverd Addison! — krzyczy uśmiechając się w tłum Angie, która jest naszą opiekunką co roku w trakcie Igrzysk wydaję się zachwycona, na pewno jest w swoim żywiole. Owa Addison unosi lekko głowę jakby upewniając się czy to na pewno jej przypadło. Nienawidził tego jak ludzie z zawodowców postrzegają Igrzyska. Mała szansa jest, że przynajmniej dożyję do następnego dnia. Przy rogu obfitości jest najgorzej. Wtedy połowa najsłabszych ginie. Mimo, że jest z jedynki, zawodowców i im zdarza się czasem przegrać. Dziewczyna stanęła na wysokim podeście przyozdobionym w najdroższe kamienie szlachetne czy inne klejnoty. Addison z trudem powstrzymywała łzy szczęścia gdy stanęła przytulając Angie mocno, to było naprawdę żenujące, najprawdopodobniej już zaczyna gre o sponsorów.
- Tera kolej na panów. - mówi gdy wreszcie Borverd się od niej odczepiła. W tłumie zagrzmiało, parę zduszonych krzyków wyrwało się mieszkańcom. Tsa, nie ma to jak ginąć na arenie, to takie cudowne i niesamowite. Znał dziewczynę z widzenia, chodzili razem do szkoły.
- Anvelt Peter! - wykrzykuję już po krótkiej chwili. Zgniotła karteczkę, wszyscy już ustąpili mu miejsca. Najwyraźniej znają go dobrze z nazwiska. Spoglądnął po sobie i z lekkim uśmiechem dumy wyszedł pewnie. Nawet Strażnicy Pokoju mu nie pomagali, zawodowcy nigdy nie uciekają. Z jeszcze szerszym uśmiechem stanął na podeście. Duma go zżerała gdy ujrzał jak wszyscy biją gromkie brawa. Zaskakująco świetna forma jak na dożynki, ale to po prostu jest jedynka.
- Dziękujemy za ten zaszczyt. Tobie Angie, wam przyjaciele i oczywiście prezydentowi Snow! - krzyczy, to już pewne, trafiła mu się idiotka, za towarzyszkę. Nie miał zamiaru się z nią bratać, wyglądała mu na skończoną szpanerkę i prawdziwego podlizywacza , który zrobi dokładnie wszystko by zdobyć sponsorów. Miał tylko nadzieję, że nie będą chcieli usadzić ich jako parę, nie przeżyłby tego, ale czego to ludzie nie zrobią dla większej oglądalności. Gdy dziewczyna podała mu mikrofon postanowił jej go oddać z powrotem. Zostawi to bez komentarza.
Od autorki: Mam nadzieję, że rozdział/prolog wam się podoba i że zostawicie po sobie komentarz z własną opinią. Zapewne jest tu parę błędów, ale proszę o przemilczenie ich. I zobaczcie zwiastun, który wykonała dla mnie Pogonistka: